Życie to nie film ale gdybyś czasem mogła bez konsekwencji dopisać kilka scen? Dla rozrywki innej niż scrollowanie czy kolejny talent show w którym wygrywa ktoś kto miał ciężej?
Przeżyć coś raz i zamknąć to na dnie pamięci, tylko dla siebie, na starość. Taka prywatna składka emerytalna wspomnień, inwestycja w przeżycia, w być - nie w mieć.
Oto wartość dobrego scenariusza. Dzieje się w określonych ramach, od słowa "kamera" do słowa "cięcie". Jest tak pojebany i zajebisty - jak ty. Jest odzwierciedleniem twojej intuicji w doborze aktora lub aktorów, lokalizacji, linii czasu, detali i kostiumów. Jak każdy wysiłek ten również nie mityguje stu procent ryzyka kasowej klapy ale to nie znaczy, że nie warto.
Jeżeli zgadasz się z powyższym to należysz do elity, do smakoszy życia, jeżeli nie zgadzasz - jeszcze przed Tobą nikt widocznie nie odkrył tego miejsca, pora to nadrobić, bo może coś ważnego przecieka ci przez palce...
To przeczuwała Stella. Uwięziona w mono: monogamii, monologach i monotonii używania tylko jednej przyprawy do każdego posiłku - zazdrości - że kocha i pragnie tylko dla siebie ale ...nosz kurwa - ale!
- czego ty chcesz dziewczyno? - słyszała lecz nie potrafiła odpowiedzieć. Nie potrafiła bo nie chciała nic zburzyć. Kierowała więc chęć głębokiego rozpierdolu prosto w siebie i tak latami celując prosto we własne serce móc targnąć się w końcu na życie.
W nagrodę za chwilowe nieudawanie, że wszystko jest w porządku - trafiła na oddział szpitala psychiatrycznego. Dobry towar na receptę: przyspieszacze, spowalniacze. Rollercoster i animacje - czytaj zajęcia terapeutyczne. W końcu jakieś istotne rozmowy, nie o planach na kolację z dowozem czy na mieście.
Było tu paru niezłych wariatów, parę dziewczyn trudnych do zdiagnozowania ale - to akurat takie samo jak poza murami Edenu.
Stella miała w sobie dużą dozę męskiej energii, dlatego oprócz być może pociągu do kobiet - odczuwała też podobne, nacechowane szowinizmem i mizoginią myśli wobec przedstawicielek płci własnej. Z taką opinią lekarską to tylko: Lamotrix i miła dezorientacja, szczypta Zoloftu i jakby lekka sztywność mięśni, połóweczka królewny hydroksyzynki na dokrętkę nieznośnej lekkości bytu.
Można się zakochać i zniknąć. Turnus jednak nie trwa wiecznie, tęskni się potem za Cegłowską, Nowowiejską czy Kochanowskiego - nim znowu nazbierasz tokenów NFZ i ...znowu Cię zamkną. Tylko ile razy jeszcze to wytrzymasz nim dasz z siebie zrobić osiedlowy warzywniak? ...Pewnego razu w końcu do niej dotarło, jedna czysta myśl w obłędzie, "klik" - by wiedzieć co w końcu zrobić z własnym życiem i kto w nim jest sterem, kapitanem i okrętem.
Stella spakowała w chusteczkę wtedy pierwszą i każdą następną, pieprzoną pastylkę, by ją potem świstnąć przez lufcik w oknie.
Poczuła jasność jak nigdy, nabrała ochoty na życie i ...nawet na takiego jednego wariata... był całkiem normalny... Trafił tu z tych samych powodów co Stella. Przynajmniej tak mówił. Nie pachniał źle, składnie gadał i był mniej dziwny, mniej skrajny niż inni. Stanął w jej obronie przed jakimś agresywnym letnikiem z nowego turnusu i tak to się zaczęło.
Brak prochów odpalał ją ilekroć zostawali gdzieś na chwilę sami. Chwilę z trudem starała się nawet "nie zniszczyć tej przyjaźni" ale potem... jako samo tak wyszło.
Ukradkiem podglądała go w łazience. Choć miał drobną sylwetkę rozmiar jego sprzętu był słuszny - niezbyt długi lecz mięsisty i gruby.
Chłopak nagrzany pigułami jak magazyn apteczny zdawał się nie łapać niuansów, spojrzeń, mowy ciała. A ona będąc na coraz silniejszym głodzie raz po raz, niby przypadkiem gdzieś osuwała się na sąsiadujące z nim krzesło. Niby przypadkiem łapiąc się jego krocza... Boże jaką wtedy miała ochotę dać się po prostu wyruchać. Ten jednak nie rejestrował zdarzeń. Musiała znaleźć sposób, by odstawił jak ona całe to rekreacyjne ścierwo.
Czy jej się wtedy spodoba? Co mu odpierdoli? Przed czym w najdalszej skrytości ucieka? Nie dowie się jeśli tego nie sprawdzi.
- Chcesz zagrać w grę? - spytała pewnego ranka przed śniadaniem na którym wydawano im leki - W film. - dodała nie czekając odpowiedzi czy chce.
- film? Nie znam tej gry?
- będziemy grać, że wszystko to film.
- jaki?
- "wyspa tajemnic" znasz?
- jasne, ale dlaczego akurat ten? Przecież to o psychiatryku jak nasz.
- wolisz inny?
- Może być, ale powiedz mi o co chodzi?
Dziewczyna wymyśliła na bieżąco pierwszą scenę, która ma się odbyć za moment... i jak ma to zagrać. Biedne wróble odwiedzające daszek pod oknem toalet jeszcze nie wiedzą, że zaliczą w ostatnich dwóch tygodniach majowego turnusu sanatorium podwójnego tripa.
Po czterech dniach zabawy zaczęło się. Jego organizm przeszedł detoks od zamulaczy i chłopak zaczął się odpalać. Był podatny na jej sugestie, ale też "trochę" nieobliczalny. Scenariusz z kryminalnego dreszczowca podryfował w stronę niemieckiego porno z lat osiemdziesiątych. Liczyło się tylko by nie dać się nakryć na bardzo gorącym uczynku, złapać w pustym kantorku terapeutów, zatrzeć ślady, znaleźć nowe miejsce i tak kilka razy dziennie. Jej gęsty busz podniecał go, popychał w natręctwa myśli, które z niemałym trudem pomijał na zajęciach. Czekając nowych scen cierpiał priapizm chociaż z medycznego punktu widzenia nie pozostawał bez ulgi w jej udach dłużej niż kwalifikuje się tą przypadłość w definicji.
I chciałbym ci teraz opowiedzieć, że nadciąga zwrot akcji, kataklizm, rozłąka i koniec zabawy, ale nie. Wszystko w ramach NFZ, do samego końca, do happy-endu, ba - do wielu bardzo dobrych happy-endów przebiegło znakomicie...
Może jak wielu z nas po prostu byli strasznie samotni, odarci z bliskości, poranieni i niezaspokojeni w systemie w którym na piedestał wynosi się stabilizację w imię optymalnej wydajności w czyichś sprawach, szarą ciszę, osiem godzin dziennie, czterdzieści w tygodniu, sto sześćdziesiąt siedem w miesiącu. Może trzeba zwariować żeby powstać na nowo, odrodzić się jako ognisty ptak?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz